- I shall write it in my diary tonight.
- What?
- That a burnt child loves the fire
The Picture of Dorian Gray, O. Wilde
Babka niegdyś powtarzała jej, że najpiękniejsze co posiada to dłonie, ewidentnie odziedziczone po matce. Wspominała, że są to dłonie pianistki - o długich, smukłych palcach, stworzone do precyzyjności i piękna - przestała jednak je wychwalać, kiedy okazało się, że w ruchach brak było jej gracji, a los poskąpił jej talentu muzycznego. Przypatrywała się wnuczce uważnie przez lata, ściągając brwi, starając się ignorować fakt, że z każdym rokiem coraz mniej przypomina swoją matkę, a coraz bardziej jego.
Miała przecież jego
oczy - szaro-granatowe jak letnie, pochmurne niebo, które zwiastuje
nadchodzącą burzę; uparte, milczące i przejmująco smutne spojrzenie,
które tworzyło barierę między rozmówcą a jego właścicielką, wwiercające
się w umysł i zapalające w nim czerwoną lampkę.
Miała jego uśmiech, a raczej półuśmiech - odważny, nieco bezczelny, uśmiech którego babka w niej nienawidziła, który przyprawiał ją wręcz o mdłości, uśmiech którego nie umiała wnuczki oduczyć i którego nie umiała zaakceptować.
Przede wszystkim zaś miała jego
podejście do życia - lekkie, niezobowiązujące i lekceważące; zbyt
często przyłapywała się na tym, że zapomina o uczuciach innych, za
często też łamała - często wręcz nieświadomie - zasady, bo przecież
zasady bywały po to, aby je łamać, a w najlepszym przypadku po to, aby
je omijać. Na wszystko był zawsze czas, na wszystko było również rozwiązanie, łatwiej było funkcjonować, wychodząc z założenia, że nie ma co się denerwować rzeczami, na które nie ma się wpływu.
Babka
patrzyła na nią i widziała w niej osobę, którą najbardziej kochała i
tę, której nienawidziła. Jakkolwiek więc by nie próbowała, dystans
między nimi rósł i w końcu przepaść między nimi stała się nie do
przeskoczenia, stały się dla siebie całkowicie nieznanymi osobami, dwoma
obcymi duszami mieszkającymi w okresie letnim pod tym samym dachem,
niezdolnymi do podjęcia ze sobą rozmowy, wykraczającej poza podstawowe
komendy, niezbędne do codziennego egzystowania.
Ale... Ale przecież jednak sobą się jest, nim się tylko bywa...
