Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy. Pokaż wszystkie posty

I lubię nocą słuchać gwiazd

Nathan 'Nate' Sykes
urodzony 27 maja / mugolak / ojciec robotnikiem na budowie, matka przedszkolanką / dwaj młodsi bracia: Jimmy i Billy / VI rok / Gryffindor / były szukający znany ze swoich brawurowych zwodów / na V roku w trakcie meczu Quidditcha uległ poważnemu wypadkowi, od czasu którego porusza na się wózku / każdy krok wsparty na kulach ogromnym wysiłkiem / używane szaty i książki z jego licznymi notatkami na marginesach / Nirvana & Fatalne Jędze / szczur Nero / notatnik wypełniony szkicami / wyblakłe dni, stracony sens / patronus: chomik / bogin: skolopendra / różdżka: leszczyna, 10 i ćwierć cala, włos z ogona jednorożca, krucha / Klub Pojedynków, Koło ONMS, Klub Miłośników Literatury / zaklęcia, numerologia, transmutacja, ONMS
Świst wiatru w nieustannie roztrzepanych włosach, trzepoczące złotem ulotne skrzydła znicza, podekscytowanie i pobudzający wrzask trybun. Wzloty, zwody i powietrzne piruety, zwinne, ostre i szybkie, tak dla niego typowe. Uniki tłuczków i pościgi, śmiech z wysokości w echu słów komentatora, buzująca adrenalina i radość, nieokiełznana, największa i żywa. Szybkie myśli i szybkie ryzyko, bo przecież nic stać się nie może, ostatnia decyzja w pędzie ku wygranej. Uderzenie w ziemię, mocne i wydzierające z płuc ostatki tlenu, głuche w gwałtowności. Trzaski, zgrzyty i połamane ukochane drewno miotły, drzazgi w bladych palcach, ukruszone kości i wygięte ciało. I niezrozumienie w nagłym bezwładzie, gdy oszołomiony wpatrywał się w swoje piękne, wolne niebo, nie wiedząc co właściwie się stało, skąd ta panika i odległe krzyki. Wszyscy myśleli, że wtedy umarł. Może on też powinien.

Miesiące w Skrzydle Szpitalnym, długie i nużące, bolesne w uświadomieniu, że czasem nawet magia jest bezsilna. Słowa pielęgniarki, że powinien się cieszyć, że w ogóle przeżył, nie docierające do niego, mdłe i kłamliwe, bo przecież nie mogło być to prawdą. Wyparcie i wściekłość, gdy usilnie próbował wstać, zamiast kroków, czołgając się do okna, szarpnięcia, gdy wrzeszcząc wyrywał się uzdrowicielce, krew na jej wargach, gdy niechcący ją uderzył. Jej smutny uśmiech. Ból w sercu i duszenie w przerażeniu i nieakceptacji, cichy płacz i odwrócenie się od przyjaciół, poczucie winy na twarzach gryfońskiej drużyny. Wypisana w ich oczach litość. Obrzydliwy nowy on, obrzydliwy wózek i za słabe nogi, obrzydliwe kalectwo. Śmieszne, przekreślone nagle marzenia o przyszłości. Samo pogarda.

Przekłuty balon, smętny w swoich szarych resztkach. Cień dawnego siebie, przygarbiony duch w żywym ciele, osowiały w smutnej rutynie. Zupełnie inny człowiek, starcze zgorzknienie w uszkodzonym, dziecięcym ciele. Zamiast schodów przeskakiwanych w roześmianym biegu - powolne unoszenie wózka zaklęciem lub pomocnymi dłońmi przechodzących uczniów. Zamiast psikusów i ucieczek - ociężały zgrzyt wózkowych kół i narastająca bezsilność. Zamiast treningów Quidditcha - zaciśnięcie warg, gdy samotnie próbuje ustać na drżących, wątłych nogach i przejść choć jeden metr. Bez dawnego uśmiechu odsłaniającego zęby, bez słów pełnych pasji i życia, bez nadziei i szans na udaną według niego przyszłość. Motyl, któremu obcięto skrzydła. Jest utrudnieniem, dla wszystkich, przecież wie to i widzi doskonale: dla rodziny, gdy w i tak ubogim domu dołożył dodatkowych rachunków, gdy i tak zmęczona już matka wnosi ciężki wózek na ostatnie piętro kamienicy pozbawionej windy. Dla profesorów, gdy nie może uczestniczyć w zajęciach w pełni, dla znajomych, gdy nieswoi są przy nim i pełni litości. Dla skrzatów, których pomoc wściekle odrzucał, ostatecznie upadając na śliskie łazienkowe kafelki, po raz kolejny nie potrafiąc sobie poradzić. Dla samego siebie, bo nienawidzi siebie, szczerze i mocno. Dla wszystkich, będąc obrzydliwym pasożytem i pomyłką. Bo może lepiej byłoby gdyby nie przeżył.

Odrzuca ze złością wszelką pomoc, w każdej wyciągniętej dłoni widząc litość. Niknie w oczach i zapada się w sobie, nie umiejąc odnaleźć na nowo sensu. Zawiesza pusty wzrok w przestrzeni i milczy w zgarbieniu sylwetki, potrafiąc wydobyć z siebie jedynie rozgoryczenie. Nie śledzi rozgrywek Quidditcha ani nie spogląda w dzienne niebo, pocierając jedynie powypadkową bliznę. Nie wymyka się już i nie zdobywa szlabanów, nie hałasuje i może już w ogóle nie istnieje. Z trudem odnajduje siły na wstanie każdego kolejnego dnia, nie widząc w tym sensu i potrzeby. Nie płacze już i nie krzyczy, nie łudzi się już, że wstanie i przejdzie choć pięć kroków. Nie marzy, że kiedyś znów dane będzie mu polecieć. Czyta książki i zanurza nos w depresyjnych szkicach, nocami wpatruje się ciemne niebo w odległej ułudzie błyszczących, zmarłych gwiazd widząc siebie. Wrak człowieka.

Wszyscy myśleli, że wtedy umarł. Może mieli rację.

______________________________________
Hogwart, odbiór! Cześć! Przepraszam za to coś powyżej, co popełniłem, postaram się brzmieć w wątkach lepiej i mądrzej! Dziękuję też wszystkim, którzy przez to przebrnęli, a wszystkich chętnych zapraszam do wspólnego pisania. :D
To mój pierwszy blog, ale jestem mega pozytywnie nastawiony! Może się uda i nie będę popełniał wielu błędów - będę się starał, to mogę Wam obiecać. <3