Caedmon Borgin

O NIM
RÓD
PRACA

CAEDMON BORGIN

NAUCZYCIEL OPCM • 34 LATA • CZYSTA KREW • BYŁY ŚLIZGON • WŁAŚCICIEL SKLEPU BORGIN&BURKES • URODZONY OPRAWCA



CHARAKTER PRAWDZIWE OBLICZE BORGINA

Zamknął w czterech kwadratach zimnych ścian. Zaryglował drzwi, oplombował okna. Uziemił. Ciasno tam, że nawet w szczelinę nie wejdą. Ale wyrywają się, próbują. Do ścian podchodzą – przystają. Do ścian podchodzą i walą. Do ścian podbiegają i... TRACH! Rozbijają się. Na kawałki, na długo – wciąż smutnosame. Pełzną po ziemi i zbierają. Się. Same w sobie. Na ślepo, na gorąco, na złość i na umór. Próbują znów. Tym razem do drzwi. Proszę, wypuść. Błagają. Jęczą i skrzeczą, krzyczą i proszą. A on milczy. Chowa je za upartością, za inteligencją, za dystansem. Za pokłosiem szczeniackiej niedojrzałości (czasem) i za kłamliwie wypuszczanym słowem (często). Sam przed sobą je chowa, gdy musi. Ucieka do obojętności, by nie myśleć o nich. Nie chce, nie może i nie wypuści. Wizytę złoży im tylko wieczorem. Gdy wróci. Zaprosi do łóżka, utuli. Zapłacze z nimi (rzadko). Zakryje kołdrą i wyszepta czule:

Moje emocje. Moje.

Informacje o Borginie w zakładkach i po najechaniu myszką na zdjęcia. Szukam dojrzałych relacji, natrętnych uczniów, ulubieńców i wszystkiego pomiędzy. POWIĄZANIA

Wątki: Nemetorius, Ambrosia

28 komentarzy:

  1. [Czemu ta karta jest taka krótka? D: Czy to jakaś nowa forma tortury, gdzie dajesz nam fragment tak dobrego tekstu i patrzysz, jak błagamy o więcej? ;) Nie dość, że character tak pięknie opisany, to jeszcze historia rodu oraz historia sklepu. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Przepiękna karta, naprawdę!
    Moja Sepi pewnie zalicza się do tych ntrętnych uczniów, bo chociaż dobra z niej dziewczyna, to zadaje pięć tysięcy pytań i pewnie nie daje Caedmonowi odetchnąć. :D Jakbyś miała chęci coś wspólnie stworzyć, zapraszam! Baw się dobrze!]

    Sepideh H. Shafiq

    OdpowiedzUsuń
  2. Absurd poważnie miesza się z logiką, kiedy już w pierwszym tygodniu nauczania dochodzi do wniosku, że w spełnianiu się w profesji najbardziej przeszkadzają mu uczniowie. I to nie tylko ci nieostrożni, nieusłuchani i niezainteresowani, ale również ta grupa, która odgórnie wychodzi z założenia, że osiągnęła już perfekcję, do której on sam dochodził latami i wie wszystko lepiej. A jeśli nie wie, to zamiast nawiązać z nim współpracę, włamuje się do Działu Ksiąg Zakazanych i szuka informacji na własną rękę. Oczywiście Nemetorius jest wybitnie niesprawiedliwy w ich ocenie. Za czasów szkolnych sam nierzadko nocami pałętał się z różdżką przy grzbietach niebezpiecznych tytułów, by w łapczywym pragnieniu wiedzy w jego dziedzinie posiąść ją w całości. Zresztą... robi to także dzisiaj. Bibliotekarz zastrzegł mu bowiem, że ma prawo do wypożyczenia każdej książki ze szkolnych zasobów, ale jedynie trzech jednocześnie, by te przypadkiem nie wpadły w niepowołane ręce. Ma to także inną wartość - gdyby wybór należał do Burke'a, wyniósłby z nich znaczącą już część. W panicznym przekonaniu, że braknie mu czasu, nagina zatem zasady i wpada po dodatkowe tomy po godzinach pracy służbisty.
    Tego późnego wieczora również tam zagląda, temat załatwiając szybko, bo doskonale wie, gdzie znajduje się księga, która kusi od wielu dni. Złowrogie (choć nieaktualne, bo nakład wyszedł dwa wieki wcześniej) Najpotworniejsze eliksiry naszych czasów prowokuje przyjemnym uwypukleniem czcionki na okładce i Burke zupełnie nie walczy z palącą potrzebą wciśnięcia woluminu do bawełnianej torby i uszczuplenia księgozbioru o kolejny tom. Bez przeszkód dociera do lochów, dopiero kiedy zbliża się do korytarza, przy którym znajduje się jego kwatera, amulet echolokacyjny wibruje wściekle, informując o ruchomej przeszkodzie. Cofa się o krok, niemal wychyliwszy się za róg, ale bynajmniej nie chroni go to przed salwą kolejnych wydarzeń. Zamaszysty ruch całego cudzego ciała dostarcza do jego nozdrzy irytująco znajomy zapach, ale Nemetorius nie ma nawet sekundy na refleksję. Wyciąga dłoń, by powstrzymać upadek, opuszki palców muskają jednak jedynie sztywny materiał szaty na tych plecach. Później jest chrzęst łamanej kości nosa w akompaniamencie tępego uderzenia głowy o posadzkę i Burke pozwala sobie na bezradne przesunięcie dłonią po twarzy. Doskonale wie bowiem, że kiedy ludzie padają przed nim na wznak, to dosadna informacja, że zapomniał o odnowieniu zaklęcia echolokacyjnego i amulet zaczyna siać w otoczeniu chaos. Pochyla się nieznacznie, wyciągając do leżącego rękę.
    - Borgin? - mruczy łagodnie w prastarym zwyczaju, bo nigdy nie zwracał się do niego po imieniu. Paradoksalnie nie chodziło o wytworzenie werbalnego dystansu, ale o nieśmieszny już żart, który wpoił im się za dziecka i dotąd nie wyszedł z krwi. Borgina i Burke'a znało przecież wielu Brytyjczyków. Caedmona i Nemetoriusa żaden.
    Oczywiście nie w smak mu tak otwarte oświadczenie, że doskonale wie, z kim ma do czynienia. Nie trzeba być w końcu szczególnie lotnym, by pojąć, że wiedział wielokrotnie wcześniej, kiedy skutecznie unikał byłego przyjaciela przez ostatnie tygodnie, dotąd doskonale maskując tę świadomość i wystrzegając się konfrontacji. Mężczyzna także więc z łatwością połączy te kropki. Odsłonięcie się ma obecnie jednak wymiar czysto praktyczny. Mija o jedna sekunda za długo, w trakcie trwania której jego dłoń nie zostaje ściśnięta lub ciało nie podnosi się samodzielnie. Po pierwsze Nemetorius upewnia się zatem, czy cudzy oddech go nie zwodzi i Borgin jest przytomny. Po drugie, czy w ogóle zauważył ofertę pomocy. Po trzecie, czy jest sens w niej trwać, bo nie zostanie wykorzystana i mężczyzna nie chwyci jego dłoni.

    [Poprawiłam ten pierdolnik z czasami i parę powtórzeń, treść się nie zmieniła niemniej.]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dzień dobry wieczór! Pozwoliłam sobie zasłonić Twojego cudownego pana, więc od razu przyleciałam skomentować. I o matko, ale jestem zauroczona! Miałam przyjemność czytać kilka Twoich kart, ale ta chyba bije wszystkie na głowę: opis charakteru to czysta poezja. To, jak skonstruowałaś ten tekst, sam zamysł, to, jak umiejętnie posługujesz się słowem — ach, zachwycam się mocno! Zwłaszcza ten fragment podbił (hihi) moje serce: Ale wyrywają się, próbują. Do ścian podchodzą – przystają. Do ścian podchodzą i walą. Do ścian podbiegają i... TRACH! Rozbijają się. Piękna karta, brawo, gratuluję, cudnie się to czytało!
    Troszkę się boję cokolwiek proponować, Twoje umiejętności pisarskie nieco mnie onieśmielają, więc na razie życzę Ci tylko wspaniałej zabawy!]

    Icarus

    OdpowiedzUsuń
  4. [Jak zwykle pozachwycam się nad tym, co wychodzi spod Twojej ręki, jesteś niesamowita i jedynie mogę pozazdrościć umiejętności pisarskich. Karta jest tak dopracowana w każdym szczególe, że nie sposób przejść obojętnie obok żadnej z zakładek, musiałaś włożyć w to naprawdę bardzo dużo pracy i czasu, ale efekt jest WOW! ❤️ Jeśli miałabyś ochotę coś wspólnie napisać do zapraszam do którego moich chłopców :) Powodzenia z kolejną postacią, bawcie się dobrze! ❤️]

    Elias D. & Mathieu T.

    OdpowiedzUsuń
  5. [Pamiętam kartę Caedmona (w szczególności zdjęcia oraz kod, jak na wzrokowca przystało) jeszcze z zamierzchłych, blogowych czasów, kiedy sama byłam w społeczności PBC zwykłym i lekko wystraszonym szczeniakiem. Zmieniające się w karcie teksty zrobiły na mnie wtedy ogromne wrażenie, jako że jakiekolwiek zabawy z kodami stanowiły dla mnie niemożliwą do ogarnięcia, czarną magię. Cześć, witam Cię z kolejną postacią!

    Nie popiszę się oryginalnością, mówiąc, że tekst w charakterze to czysta poezja (a poezję bardzo lubimy, tak, nawet bardziej od prozy), którą czytało mi się niesamowicie przyjemnie, ale i z niesamowitym zapałem, na jednym wdechu. Nic, tylko pozazdrościć umiejętności pisarskich – zdecydowanie nimi onieśmielasz!

    Nie wiem do końca. co mogłabym od siebie zaoferować, Aurelian to uczeń dość szary, raczej uwagi nieprzykuwający (chyba że swoim nieustannym brakiem skupienia i sińcami pod oczami) i coś mi mówi, że nie jest też kimś, kim mógłby się zainteresować profesor Borgin. Być może się jednak mylę, dlatego w razie chęci serdecznie zapraszam do siebie, a tymczasem życzymy Wam dużo wyśmienitej zabawy i wielu niezapomnianych wątków.]

    ASHER S. HANDRAHAN

    OdpowiedzUsuń
  6. Szklane, martwe i absolutnie bezużyteczne w półmroku oczy rzeczywiście skierowane są wprost na poszkodowanego i nie drgają nawet o milimetr jeszcze przez ułamek sekundy, w trakcie której do Burke'a dociera, że jest znacznie gorzej, niż zakładał. Że oto ponownie stanie w roli posłańca złych wieści dla tego mężczyzny, bo Borgin nie ma bladego pojęcia, że Nemetorius stracił wzrok. To irytujące i męczące, ale również całkowicie drugoplanowe, bo skoro jednocześnie tamten nie wstaje, to jednoznacznie wskazuje na to, że jest w marniejszej kondycji, niż mistrz eliksirów zgadywał. Kuca zatem, wyciągając zza poły szaty różdżkę.
    I nagle jest paskudnie; najpaskudniej aniżeli kiedykolwiek odkąd ponownie trafił do tego przeklętego zamku, bo w tym momencie nie ma do czynienia z powiewem, chmurką czy smugą woni tego konkretnego człowieka, ale tragicznie gęstą mgłą, obecnie przypominającą lotny smar i nachalnie oblepiającą mu układ oddechowy od wewnątrz. Krzywi się brzydko, jak gdyby ten aromat wcale nie był tak drażniąco przyjemny. Dalej kładzie swoją smukłą, drobną dłoń na masywniejszej, przysłaniającej cudze usta i nos, pozwala kleistej, ciepłej cieczy oblepić i swoją skórę, po czym mknie opuszkami w górę i bezceremonialnie, ale możliwie jak najdelikatniej bada zranioną część ciała, diagnozując złamanie. Sprawnie łata je zaklęciem, nie chowa jednak jeszcze różdżki.
    - Mógłbym co najwyżej udawać, że ciebie widzę, ale nie bardzo wiem, jaki cokolwiek z tego miałoby mieć sens - wygładza wreszcie niedopowiedzenie, nie dość natomiast, by otwarcie jasnym stało się, że wielokrotnie wcześniej zdawał sobie sprawę z milczącej obecności Borgina, ale skrzętnie tego nie ujawniał. Z bocznej kieszeni płaszcza wyciąga czystą, idealnie złożoną, bawełnianą chusteczkę w kratę i po omacku, acz skrupulatnie wyciera z krwi każdy palec ubrudzonej dłoni. Dalej dla kontrastu niedbale i tym samym zupełnie do niego niepodobnie przeciera dół borginowej twarzy. Jednocześnie drugą rękę opiera łagodnie na jego policzku i bynajmniej nie jest to wyraz czułości. Daje o tym znać, kiedy sunie ostrożnie opuszkami w górę, ku łuku brwiowego, w poszukiwaniu kolejnych ewentualnych skaleczeń.

    [Jednak jestem nieobliczalna <3 Asia odpozdrawia.
    To jest też ten moment, w którym przydałoby mi się wiedzieć, czym Borgin pachnie.]

    OdpowiedzUsuń
  7. [Bardzo dziękuję za takie miłe powitanie! ❤️
    Grzechem byłoby nie skorzystać ze złożenia wizyty Caedmonowi w jego gabinecie. Wpadłam na pomysł, że Borgin mógłby zauważyć na ręce mojego rudzielca ślady po użyciu krwawego pióra i właśnie to stanie się powodem zaproszenia do rozmowy w cztery oczy. Co o tym sądzisz?]

    Cillian Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  8. [Może Semper fidelis? Z łaciny „zawsze wierny” :>]

    Cillian Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  9. Salę obrony przed czarną magią po brzegi wypełniali uczniowie. Choć niemal wszystkie ławki zostały zajęte, panowała tam zaskakująca cisza. Każdy w skupieniu pracował nad swoim esejem. Ściąganie u profesora Borgina brzmiało jak idealny pomysł na oblanie roku albo przynajmniej długą, pamiętną karę i utratę punktów dla domu winowajcy.
    Co jakiś czas ktoś drapał się w skroń lub wycierał spocone ze zdenerwowania dłonie o fragment szaty, tylko po to, by szybko wrócić do pisania. Cillian starał się skoncentrować na zadaniu, ale lewa ręka szczypała przez to, że niedawno używał krwawego pióra. Naciągnął na bliznę przydługi rękaw szaty, by opanować pokusę podrapania tego miejsca. Przełożył pióro do prawej dłoni, ale jako mańkut kreślił nią nieco bardziej koślawe litery. Miał nadzieję, że nauczyciel mimo wszystko nie będzie miał problemu z rozczytaniem się po nim.
    Podniósł wzrok, widząc, że niektórzy koledzy podnieśli się z miejsc wcześniej. Miał wrażenie, że jedyne co napisali na swoich kartkach to imię i nazwisko. Jemu dla odmiany zaczęło brakować wolnego miejsca. Temat pracy bardzo go interesował. Sporo wiedział na temat inferiusów, więc starał się przelać na papier każdą informację, jaką potrafił sobie przypomnieć.
    Odetchnął z ulgą, gdy zajęcia dobiegły końca. Podniósł się z ławki, czując jak ścierpły mu plecy od tkwienia w pochylonej pozycji przez ostatnią godzinę. Ustawił się na końcu kolejki. Każdy kolejno oddawał swoją pracę, w zależności od tematu kładąc kartkę na odpowiedni stos, by ułatwić profesorowi sprawdzanie.
    Gdy przyszła w końcu kolej rudzielca, stało za nim tylko kilka osób. Mulciber wyciągnął lewą rękę, dzierżąc w niej wypracowanie i odłożył je na biurko, podobnie jak robili to inni uczniowie. Rękaw czarno-zielonej szaty Slytherinu zsunął się, ujawniając kilka liter wydrapanych do krwi na mlecznobiałej skórze. Miał nadzieję, że Borgin nie zauważył tego faktu, dlatego obrócił się na pięcie, by jak najszybciej wyjść z sali i uniknąć niewygodnych pytań.

    [Żaden problem, z przyjemnością! ❤️]

    Cillian Mulciber

    OdpowiedzUsuń
  10. To przecież od początku oczywiste, że Borgin wie. Nemetorius ze swoim wklepanym przez wychowanie wiecznie dramatyzującego tatko pesymizmem odwiecznie wybiera najdotkliwszą z opcji. Podobnemu punktowi widzenia sprzyja również prosta diagnoza jego osoby: jest prawdziwie, społecznie zdziczały. Wiecznie w klasie, bibliotece czy nad kociołkiem z wywarem nie rozmawia z otoczeniem, nie interesuje się, jak jest odbierany, że się o nim mówi. Nie wie, że o przyczynie utraty jego wzroku krążą plotki, które nie przypadłyby mu do gustu, bo są złowrogo bliskie prawdy.
    Cudzy policzek płonie, a Burke ma ochotę natychmiast oderwać się od rozgrzanej skóry, sprawnie udając, że niczego nie dostrzegł. Nie pozwala mu poczucie obowiązku obadania poszkodowanego.
    - Nie widzę - zapiera się, ale mówi zgodnie z prawdą, bo oczy ostatecznie powiedzą mu, że ktoś przed nim stoi i w kolorze jakiego domu ma szaty. Poddaje się jednak, bo mgliście pamięta upór i zacietrzewienie tego mężczyzny za kształtu nastolatka i jest niemal pewien, że to nie coś, z czego się wyrasta. - Ewentualnie czuję te twoje duszące perfumy i rozpoznaję charakterystyczny dźwięk, z jakim zaciągasz powietrze do płuc, ale jakie to ma znaczenie? - Nie ma żadnego. Już się nie znają. Rozeszli się niby kiepskiej jakości szwy ściągające dwa materiały. I to wszystko jedno, czy od kilku tygodni ilekroć poczuł tę woń czy usłyszał odgłos, mówił mu cześć czy może milczał. A przynajmniej tak podpowiada mu ten naiwny szept gdzieś w tyle głowy, bo Nemetorius ma inne wrażenie, kiedy tracąc nad sobą kontrolę we śnie budzi się w środku nocy zlany zimnym potem, czuje te emocje i pragnie go tylko dotknąć, o błaganiu na kolanach o przebaczenie dla zachowania jakiejkolwiek godności na jawie nawet nie wspominając. Zamyka z niesmakiem dłoń i odsuwa od cudzej twarzy, by schować chustkę z powrotem do kieszeni, choć głuche grzmotnięcie głową o posadzkę niewątpliwie nie dało jedynie urazu zewnętrznego.
    Szarpnięcie za rodowy medalion kompletnie wybija go z rytmu i jedynie zaparte w przysiadzie stopy ratują go przed runięciem na kolegę. Nic natomiast nie chroni jego tchawicy przed zmiażdżeniem wybornie cytrusowym aromatem, gdy nosem niemal muska cudzy policzek. Ani tyłów, kiedy łańcuszek pęka, a prawa fizyki posyłają jego pośladki na spotkanie z podłożem. Wzdycha cicho i opiera o nie także wnętrza obu dłoni. Przez umysł przemyka mu krótkie i obecnie niezrozumiałe Borgin jest za inteligentny. To drażniąco niebezpieczne. Z nawyku robi jednak to, co z każdą myślą o nim: wypiera.
    - Yhym - mruczy sceptycznie w odpowiedzi na komentarz i powoli podciąga się do pionu. Uszy bawełnianej torby symultanicznie zsuwają się w dół rękawa jego szaty i Nemetorius w ostatniej chwili powstrzymuje je przed ucieczką, okręciwszy materiał wokół nadgarstka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - A co byś sobie wymyślił wówczas w zamian, Borgin? - mruczy z przekąsem, bo nie wierzy w czystą dobroć jego serca. Nie chodzi zresztą jedynie o niego. Amulet jest na tyle esencjonalny dla sprawnego funkcjonowania, że Burke w bezbrzeżnym braku zaufania nie pozwala manipulować przy nim nikomu poza sobą. A co dopiero komuś, kto niewątpliwie ma podstawy, by żywić do niego urazę. Odsłania się, ukazując tę wagę niemal natychmiast. Nagła strata jest na tyle dotkliwa, że rusza w ślad za naszyjnikiem, niedbale ciągnąc za sobą torbę z ciężkim woluminem. Zatrzymuje się dopiero, kiedy spod jednego z butów wydobywa się charakterystyczny chrzęst przydeptanego srebra. Podnosi medalion i korzystając z tego, że wciąż trzyma w dłoni różdżkę, odnawia zaklęcie niespecjalnie przejęty, że tym samym ukazuje również rozmówcy, że wie jak amulet naprawić, a wypadek był wyraźnie jego bezsprzeczną winą, bo nie zreperował zgubnego przedmiotu na czas. Fakt, że zaklęcie okazuje się na dłuższą metę felerne samo w sobie, ponownie ignoruje. Być może jeśli ktoś w końcu rozbije sobie pod jego nogami czaszkę, znajdzie inną metodę. Tymczasem naprawia zepsute zapięcie i zakłada naszyjnik z powrotem na szyję.
      - No chodź - mówi w końcu. Przerzuca księgę przez ramię i rusza w kierunku drzwi do swojej kwatery, nie oglądając się na mężczyznę. - Dam tobie coś przeciwbólowego i przeciwwstrząsowego.

      [Ze spokojem, wszystko zrozumiałe.]

      Usuń
  11. [O manio. O manio, ale mną wstrząsnął tekst w części "o nim". Przeczytałam już kilka dni temu, zebrałam się za powitanie dopiero dzisiaj – i do tej pory się pozbierać nie mogę.

    Witajcie, cześć i czołem... wow. Ja tu przychodzę na chwilę obecną przede wszystkim pozachwycać się, powitać i życzyć Wam dobrej zabawy, ponieważ jak bardzo chciałabym coś zaproponować, tak myślę i myślę, i nic wymyślić nie mogę. Zajęcia OPCM zdecydowanie nie są ulubionymi zajęciami mojego młodego Willisa – powiedziałbym nawet, że z racji na jego lekką niestabilność emocjonalną i wybredność różdżki, może nie należeć do grona najlepszych uczniów.

    Ale! Nic nie szkodzi, bo mamy przecież w planach już Liliana i Scorpiusa (na Twój komentarz odpiszę na dniach!) – a do Caedmona chętnie wpadnę do Ciebie z nową postacią, która czeka w roboczych, aż znajdę chwilę czasu i mu wyremontuję KP.]

    lilian willis, cdg z roboczych
    oraz zachwycająca się tekstem alinka

    OdpowiedzUsuń
  12. Zatrzymał się w pół kroku, słysząc własne imię. Czuł podobny rodzaj wstydu, jak podczas przyłapaniu na ściąganiu. Co prawda, przez sześć lat nauki, nie zdarzyło mu się ściągać, ale wyobrażał sobie, że to podobne uczucie. Przez kręgosłup przeszedł mu nieprzyjemny dreszcz. Miał wrażenie, że mięśnie na chwilę mu stężały, zupełnie jakby zamienił się w kamienny posąg. Niestety, zastygnięcie w bezruchu wcale nie rozwiązało problemu. Nadal znajdował się w sali obrony przed czarną magią i już wiedział, że nauczyciel zobaczył to, czego widzieć nie powinien. Chłopak mocniej zacisnął palce na pasku swojej torby, która była po brzegi wypchana podręcznikami i różnymi przedmiotami przydatnymi podczas zajęć. Nagle wydawała mu się dużo cięższa, niż zwykle. Przełknął ślinę, odsuwając się od drzwi, by reszta uczniów mogła wyjść.
    Rudzielec był pewien, że brak podpisu to tylko wymówka. Doskonale pamiętał jak podpisywał swoją pracę. Od tego właśnie zaczął. Zacisnął jednak usta w wąską kreskę, nie podważając słów Borgina, bo uznał, że nie wyniknie z tego nic dobrego. Odwrócił się w jego stronę, dużo wolniejszym krokiem podchodząc z powrotem do biurka. Nawet nie spostrzegł, kiedy mężczyzna wymazał jego imię i nazwisko z kartki, ale faktycznie teraz w ich miejscu znajdowało się puste miejsce. Musiał użyć w tym celu magii, ale Cillian nie miał na to żadnych dowodów.
    — Rzeczywiście, bardzo przepraszam — mruknął, sięgając do swojej torby, żeby znowu wyjąć z niej pióro i kałamarz z tuszem. Zauważył, że używa wyrobów piśmienniczych z tego samego sklepu, w którym nabył je Caedmon. On sam uważał, że nie są mu potrzebne tak drogie przybory, ale rodzice kupując wyprawkę szkolną nie szczędzili mu pieniędzy. Wychodzili z założenia, że jako ich jedyne dziecko, które dostało się do Hogwartu, zasłużył na wszystko co najlepsze.
    Mocno zacisnął palce na korpusie pióra, które wieńczyło pawie pióro z charakterystycznym oczkiem. Ponownie złożył podpis, tym razem prawą dłonią, wciąż czytelnie, choć zdecydowanie mniej ładnie, niż czynił to zwykle. Podniósł wzrok z nad kartki, gdy usłyszał o krwawym piórze. Wyprostował się, oddając nauczycielowi swoją pracę po to, by schować również drugą dłoń za plecami.
    — Nie rozumiem o czym pan mówi, panie profesorze. Krwawe pióra są chyba od lat zakazane, czyż nie? — zapytał retorycznie. Obaj doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że posługiwanie się czarnomagicznymi przedmiotami, zwłaszcza takimi, których używano do torturowania innych, było surowo wzbronione i groziły za to poważne konsekwencje. Właśnie dlatego musiał robić dobrą minę do złej gry i udawać głupiego. Wiedział, że to tylko kwestia czasu, zanim nauczyciel zacznie zadawać niewygodne pytania, ale starał się mimo wszystko odwlec ten moment, jakby naiwnie wierzył w to, że może coś go rozproszy i Cillian zdoła się wymknąć, unikając konfrontacji. Miał wrażenie, że cisza panująca w sali aż dzwoniła mu w uszach, a atmosfera stała się nieprzyjemnie ciężka i napięta.

    Cillian Mulciber 🦊

    OdpowiedzUsuń
  13. Przeszukał dormitorium drugi raz, choć przecież pierwsza próba spełzła na niczym. Klucz do skrzyni przepadł, zniknął, rozpłynął się w powietrzu… Nie, nikt go nie ukradł. Co do tego Sol miał pewność. Zapewne wypadł mu przez przypadek, jednak każdy kto choć raz zgubił jakiś niewielki przedmiot na terenie Hogwartu wiedział, że to jak szukanie igły w stogu siana. Mężczyzna próbował przypomnieć sobie gdzie po raz ostatni widział swoją własność. Odtwarzał ostatnie kroki z nadzieją na odnalezienie zguby.
    Wieczór był sprzyjającą porą do poszukiwań. Korytarze świeciły pustkami, jedyny hałas jaki dobiegał z oddali generował Irytek, podśpiewując parodię szkolnego hymnu. Sol nie potrafił dokładnie zlokalizować poltergeista, ponieważ ten bardzo szybko się przemieszczał. Nauczyciel liczył na to, że nie spotka nieznośnego ducha na swojej drodze. Nie przepadał za nim już jako uczeń. Zaskoczyło go to, że po tylu latach i zmianie dyrekcji, Irytek wciąż gościł w Hogwarcie, uprzykrzając życie zarówno uczniom, jak również personelowi.
    W pokoju nauczycielskim zastał pustki. O tej porze wszyscy pewnie słodko spali, śniąc o tym, czego nie mogli osiągnąć na jawie, nawet pomimo posiadania czarodziejskich mocy albo o wymyślnych sposobach na ukaranie krnąbrnych podopiecznych. Zapewne Hayes również leżałby w łóżku, gdyby nie to, że uświadomił sobie pustkę w kieszeni spodni. Mógłby co prawda poczekać do jutrzejszego poranka, ale wtedy zmalałaby szansa na jego odnalezienie. Sięgnął po różdżkę i machnął nią, mrucząc cicho zaklęcie. Świece gwałtownie zapłonęły, a pomieszczenie wypełnił żółtawy blask. Dzięki temu widział dużo więcej, niż po ciemku.
    Gdy już zaczął tracić nadzieję na odszukanie klucza i usiadł na jednym z niewygodnych krzeseł, by pomyśleć gdzie jeszcze mógł go podziać, zauważył błysk tuż przy krawędzi starego, nieco podniszczonego dywanu. Uśmiechnął się pod nosem, od razu nachylając, żeby podnieść leżący tam przedmiot. Tym razem upewnił się dwa razy, że ma klucz przy sobie. Na początku szedł powoli, ale przyspieszył kroku, czując znajomą woń. Aromat krwi prowadził go jak po nitce do kłębka wprost do dormitorium nauczycielskiego.
    Nie musiał oświetlać sobie przestrzeni, by wiedzieć, kim jest postać stojąca w ciemnościach. Umiał rozpoznać go po zapachu, ale ta była tym bardziej intensywna i nęcąca, gdy posoka znajdowała się na ubraniu i skórze mężczyzny. Rosła w nim ochota na to, by posmakować krwi czarodzieja, ale to byłoby zgubne. Przede wszystkim był zaniepokojony tym, że Borgin krwawi.
    Pomógł partnerowi zająć miejsce w jego ulubionym fotelu, a następnie dzięki odzyskanemu kluczykowi, otworzył skrzynię, w której znajdowały się najpotrzebniejsze eliksiry i inne przedmioty, których często używał. Bez większego problemu rozpoznał ostry zapach środka dezynfekującego. Wyjął również gazy, by móc doprowadzić twarz Caedmona do porządku.
    — Nie wiem, kto cię tak urządził, ale mam nadzieję, że on wyglądał gorzej — zażartował, starając się w ten sposób pociągnąć mężczyznę za język. Oczywiście był ciekaw sprawcy całego zajścia i tego, w jakich okolicznościach Borgin został poturbowany. W międzyczasie delikatnie dotykał jego głowy, by upewnić się czy nie dolega mu coś poważnego. Krwi na pierwszy rzut oka było sporo, ale na szczęście nos został już nastawiony i Borginowi raczej nic nie zagrażało. — Moon, zrób mi przysługę, posiedź tutaj i już nigdzie się nie wymykaj — poprosił, wstając. Wyrzucił zakrwawione gazy i wytarł ręce. Musiał otworzyć okno, by wpuścić do pokoju trochę świeżego powietrza. Panował nad sobą, ale rozszerzone źrenice zdradzały, że drzemała w nim żądza. Niewykluczone, że przygotowanie kąpieli i przyniesienie czystych ubrań stanowiło zaledwie wymówkę, moment do ochłonięcia.

    Sol

    OdpowiedzUsuń
  14. [Bardzo dziękuję za powitanie i muszę przyznać, że aż nie wiedziałam, co odpisać na tyle miłych słów. Nie byłam pewna, czy skupianie się na zawodzie (nawet jeśli nazwisko poniekąd zobowiązuje) to najlepszy pomysł, ale cieszę się, że udało mi się ująć mimo wszystko znaczną część życia Galena w interesujący w odbiorze sposób. Jednocześnie przyznaję, że bardzo podoba mi się rozwinięcie historii sklepu i rodziny, które w połączeniu z głównym naprawdę wspaniałym tekstem karty zdecydowanie sprawia, że chciałoby się poznać postać Borgina lepiej. Zresztą wszystkie Twoje karty zachwycają, ta Arrana chyba szczególnie, sprawiając wrażenie jakby była częścią jakiejś większej narracji, w którą wmieszany jest opis postaci, co osobiście bardzo lubię.
    Oczywiście, jeśli byłabyś zainteresowana wspólnym pisaniem — teraz albo kiedyś w przyszłości — zapraszam. Wydaje mi się, że stary jak Londyn sklep Ollivanderów może skrywać nie tylko stare, odrzucone w kąt, eksperymentalne różdżki, ale i coś bardziej zbliżonego zainteresowaniom Caedmona. Tymczasem, również życzę wspaniałych wątków!]

    Galen Ollivander

    OdpowiedzUsuń
  15. [Dla niego może być nawet słoneczkiem 😂❤️
    Zaręczam, że nie będzie narzekał na żaden afektonim ani skrót, więc śmiało możesz dać ponieść wodze wyobraźni. Nie chcę Ci wchodzić w paradę. Myślę, że najlepiej wiesz co siedzi w głowie Caedmona, jaki zwrot uważa za stosowny i który przyprawia go o ciarki żenady.
    PS. Czekamy z niecierpliwością, nie możemy się doczekać!]

    Sol

    OdpowiedzUsuń
  16. Cillian nie zwykł zachowywać się jak rozkapryszone dziecko. Utracona przerwa nie będzie ani pierwszą, ani z całą pewnością ostatnią w jego szkolnej karierze. Zobowiązując się do pomagania profesorowi Nemetoriusowi jako jego asystent, rudzielec często poświęcał wolne chwile między lekcjami, żeby wykonać część zleconych mu zadań. W zasadzie polubił ten natłok pracy. Czuł, że dzięki asystowaniu wybitnemu znawcy eliksirów, uczy się więcej od innych i to zaplusuje w przyszłości. Co prawda jeszcze nie zdecydował o tym, kim chce być. Wciąż miał na to ponad rok i z tego co mówili dorośli wynikało, że czasem zmieniali zdanie na ten temat nawet na kilka tygodni przed opuszczeniem murów Hogwartu. Oczywiście rozważał różne możliwości, biorąc pod uwagę swoje stopnie z różnych przedmiotów. Zastanawiał się, czy gdyby zechciał zostać aurorem, to nie zostanie odrzucony z uwagi na to, że zarówno jego ojciec jak i dziadek przynależeli do Śmierciożerców i posługiwali się czarną magią do czynienia zła.
    Arsenius Mulciber, który cudem uniknął gnicia w Azkabanie tak samo, jak jego ojciec, a zarazem dziadek Cilliana, nienawidził dziecięcych kaprysów. Wszystko musiało być dokładnie tak, jak on sobie tego życzył. Wychowywał dzieci twardą ręką. Nie znosił sprzeciwu i miał wysokie oczekiwania. Rudzielec nie wiedział, jak zareagowałby na ten pomysł. Podejrzewał jednak, że coś już dla niego zaplanował i z dużym prawdopodobieństwem nie było to badanie przestępstw związanych z czarną magią. Jeśli już, to studiowanie jej po to, by z niej czynnie korzystać.
    Ślizgon wiedział, że Borgin tak po prostu nie puści go wolno. Nie zatrzymał go przecież bez powodu. Musiał zauważyć ślad na ręce ucznia, ale dlaczego postanowił zainterweniować? Mógł przecież udać, że nie widział obrażeń. Tak byłoby łatwiej dla nich obojga. Znał nauczycieli, którzy w tej sytuacji zwyczajnie przymknęliby oko albo odwrócili wzrok, cokolwiek by tylko uniknąć uciążliwego zarówno dla nich, jak i dla ucznia przepytywania, wyciągania prawdy, oferowania, czasem złudnej, pomocy. Postawa Caedmona go zaskoczyła.
    Słyszał o nim różne opinie, większość była jednak dość negatywna. Podobno w czasach szkolnych był typem oprawcy, obiło mu się o uszy, że dręczył słabszych uczniów. Czyżby tych dwadzieścia lat później tego żałował? A może po prostu ściśle stosował się do statutu, postępując zgodnie z zapisanymi w nim zasadami? Cillian nie potrafił go rozgryźć. Na to też wiele osób zwracało uwagę, na ten brak emocji na jego twarzy.
    Ślizgon czuł się jak zapędzony w kozi róg. Czuł na sobie baczne spojrzenie nauczyciela, które przyprawiało go o dyskomfort. Walka od początku była przegrana. Niechętnie, acz posłusznie, wyciągnął ręce przed siebie, najpierw podwijając prawy rękaw, dopiero później lewy. Na lewym przedramieniu chłopaka został wydrapany do krwi napis. Pochyłe, nieco chwiejące się w kilku miejscach litery układały się w łacińską sentencję: „Semper fidelis”. Zawsze wierny.
    Taki właśnie powinien być. Wierny ideałom czystej krwi czarodziei, śmierciożerców i fanatyków Czarnego Pana, w którego odrodzenie nie przestawali pokładać wiary. Swojej rodzinie. Ten tekst miał mu o tym codziennie przypominać.
    — Nie powiem, kto kazał mi używać krwawego pióra — stwierdził stanowczo, choć Borgin mógł się tego spodziewać. Arsenius Mulciber, jako były Śmierciożerca doskonale znał się na różnorodnych technikach torturowania i zadawania bólu. Inger, matka Cilliana, uczęszczała do Durmstrangu, gdzie wciąż w pewnym stopniu stosowano metody karania fizycznego uczniów, co w Hogwarcie od dawien dawna było nie do pomyślenia. Łatwo było wpaść na trop tego, kto stał za tym uczynkiem, ale mimo to chłopak nie zamierzał potwierdzać lub obalać nasuwającej się na myśl tezy.

    Cillian Mulciber 🦊

    OdpowiedzUsuń
  17. Niemal od dziecka jest, jak gdyby nemetoriusową skórę pokrywała drętwa warstwa marmuru, ograniczająca jego afekt do enigmatycznego półuśmiechu czy powściągliwego ściśnięcia warg. Wyciosnie siebie samego w kamieniu - była to przecież najlepsza metoda, by uchronić się przed nieustającymi manipulacjami rodziciela; nie od dziś wiadomo bowiem, że to, co je zabija, to całkowite zobojętnienie, które jak zaraza rozsiało się po każdym aspekcie jego życia, pozbawiając go zdrowego systemu regulacji własnych emocji. Okazało się to przydatne w oklumencji, w której to pasywność uczuć jest podstawą, ale śmiertelnie niebezpieczne obecnie, kiedy każde słowo Borgina trafia w niego celnie i budzi szereg uczuć, które śnić miały wiecznie. I choć ciało Burke'a nadal pozostaje bierne, on sam czuje, jak gdyby to w każdej chwili miało poderwać się w opętańczym podrygu, wygięte na wszystkie strony niby uderzone osobliwą klątwą przerywającą ten emocjonalny bezruch i skutkującą jego erupcją. Tak się oczywiście nie dzieje, ale na gładką fakturę marmuru wkrada się rysa. Bo przecież nie może ujawnić mu tej wielkiej, mitycznej prawdy, a w obliczu domysłów, na jakich operuje były przyjaciel, bolesna celność wypluwanych przez niego zdań wydaje się akuratna.
    - Skończyłeś z tą histerią? - Zdrada własnego organizmu nieprzerwanie dotyka najbardziej, a jednak jego głos postanawia obedrzeć go z pozornej obojętności, miękko przeistaczając się gdzieś w połowie zapytania w szeleszczący syk poirytowania. Wyprowadzenie Nemetoriusa z równowagi nie należy do zadań najprostszych. Ekspertów w tej dziedzinie sam zainteresowany odwiecznie zna dwóch. To jego własny lęk i cholerny Caedmon Borgin.
    Palce zaciska na głogowym drewnie różdżki z taką siłą, że aż głośno chrupią stawy. Pokusa uderzenia mężczyzny zaklęciem, jakimkolwiek w gruncie rzeczy, byle tylko przytrzasnąć mu wargi sromotnym poniżeniem, okazuje się na tyle silna, że musi schować potencjalne narzędzie zbrodni do kieszeni. Rzadko kto po takim poczęstunku poszedłby z nim gdziekolwiek, a ten konkretny, beznadziejny raczej przypadek na pewno zaparłby się kompletnie.
    Bierze jeden głębszy oddech, po czym odwraca się, wypuszczając z dłoni ucho torby. Ciężki wolumin uderza o posadzkę, a Burke tym razem bez niego w dwóch długich krokach dociera do rozmówcy, by stanąć tuż za nim. Lodowate, smukłe palce opadają na cudzy kark, wpijają się w niego boleśnie i nie puszczają, jak gdyby miały do czynienia z wyjątkowo niesfornym kotem. Nemetorius nachyla się ponad masywnym ramieniem i zaczyna mówić, gładko odzyskując pierwotną neutralność tonu.
    - Masz dwie i tylko dwie opcje, a żadna z nich nie uwzględnia eksperymentów na swojej własnej głowie w samotności. Pozwól, że je tobie przedstawię. Pierwsza: idziesz ze mną. Podaję tobie eliksir, czekasz, aż zacznie działać i wychodzisz. Druga: zaprowadzam ciebie do skrzydła szpitalnego, medyk podaje tobie dokładnie ten sam wywar i przypuszczalnie przymusza do hospitalizacji przynajmniej na noc. Sęk w tym, że owego medyka bardzo chętnie za czasów szczenięcych wieszałeś pod sufitem w różnych częściach tego zamku. Pytanie brzmi, na ile jesteś skory sprawdzać, czy głębiej nosi w sobie urazę czy może jakże idylliczne primum non nocere. Niezależnie bowiem od tego, jak wielki jest twój bagaż niechęci do mnie, ja takiej wobec ciebie nie żywię. A nawet gdybym żywił, to w swojej pracy jestem przede wszystkim profesjonalistą - kończy zwięźle i wbija paznokcie w twardą szyję, tym samym niemo popędzając delikwenta z procesem decyzyjnym.

    OdpowiedzUsuń
  18. Pozwolił Caedmonowi wyrzucić z siebie natlok negatywnych emocji. Obserwował go kątem oka, próbując rozegrać rozmowę tak, by odwrócić jego myślenie na inne tory. Doskonale wiedział, że Burke to dla niego drażliwy temat. Choć komplikacje w ich relacji pojawiły się jeszcze za szkolnych czasów, dawni przyjaciele wciąż nie doszli do porozumienia. Sol miał jednak nadzieję, że ostatecznie uda im się dogadać i zakopać topór wojenny. Nie starał się wtrącać w ich sprawy, ponieważ nie sądził, aby go w jakikolwiek sposób dotyczyły. Jako sędzia potrafił rozstrzygać spory i konflikty na boisku, ale nie uważał, żeby powinien wcinać się między dwójkę dorosłych, zwłaszcza nieproszony o taką ingerencję.
    — Mhm, to zdążyłem już zauważyć — wymruczał cicho.
    Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem, słysząc, że sprawcą całego zamieszania okazał się tylko amulet echolokacyjny. Nie mógł ukryć rozbawienia spowodowanego tym faktem.
    — Wybitny czarodziej, nauczyciel obrony przed czarną magią,, piekielnie zdolny legilimenta, pokonany przez wadliwy przedmiot magiczny? — podpytał z niedowierzaniem. Cmoknął pod nosem i puścił mu perskie oczko. Sam by się śmiał z takiej wpadki, ale nie spodziewał się, że przydarzy się ona jego ukochanemu. Najwyraźniej jakaś siła przyciągała do niego Burke’a, skoro tak często na niego wpadał w tym wielkim zamczysku.
    Słysząc swoje imię i czując dłoń zaciskającą się na nadgarstku od razu spojrzał w jego stronę. Zanim zdążył zapytać co takiego chciał partner, ten skrócił dzielący ich dystans. Pocałunek okazał się przyjemną niespodzianką. Odwzajemnił go, obejmując mężczyznę. Jedną dłoń położył na karku Caedmona, przesuwając palcami po jego krótkich włosach. Drugą oparł o jego biodro. Musiał mocno kontrolować swoje wampirze instynkty. Odsunął się nieznacznie, czując, że pokusa staje się coraz silniejsza. Westchnął głęboko, Moon testował jego cierpliwość i samokontrolę jak nikt inny, ale chyba właśnie za to właśnie go kochał. Sprawiał, że Sol czuł się ludzki.
    — Jak właściwie na siebie wpadliście? — zapytał z zaciekawieniem. — Co to za włóczenie się po nocach?
    Przypomniał sobie też o ręczniku, który upuścił. Odruchowo przykucnął, żeby po niego sięgnął. Dopiero kiedy się podnosił, uraz nogi dał o sobie znać. Poczuł jak ból przeszył jego kolano. Przez twarz Hayesa przebiegł zbolały grymas. Nie przyjmował żadnych eliksirów przeciwbólowych na stałe. Miał na nie sporą tolerancję, więc musiałby pić spore ilości, by te na niego działo, a zwyczajnie nie chciał tego w związku z możliwością wystąpienia skutków ubocznych. Sięgał po medykamenty tylko wtedy, gdy ból naprawdę dawał mu się we znaki i znacząco utrudniał poruszanie. Nie zwykł się jednak nad sobą użalać. Co prawda odniesione obrażenia zmusiły go do porzucenia kariery sportowej, ale przynajmniej dyrekcja Hogwartu pozwoliła mu uczyć dzieciaki latania na miotle i zarażać ich miłością do Quidditcha.
    Zarzucił sobie ręcznik na ramię.
    — Może chcesz się jutro wyrwać do Hogsmeade? — podpytał, rozpinając mu koszulę. Miał w tym wprawę, robił to nieraz. Czasem tylko guziki lądowały na podłodze, gdy w pośpiechu pozbywał się jego ciuchów. Na jego obronę należy dodać, że zawsze naprawiał dokonanych szkód. Poza tym lubił go obdarowywać prezentami spontanicznie, bez okazji. Kiedy wyjeżdżał w związku z rozgrywanymi meczami, wysyłał je przy pomocy sowy. Teraz czasem zostawiał je na stoliku nocnym, tuż obok łóżka. To była w zasadzie tradycja, którą zapoczątkował, gdy zostali parą i podtrzymywał ją mimo upływu lat. W ten sposób pokazywał, że myślał i pamiętał o nim. Choć zdarzało mu się zapominać o naprawdę wielu rzeczach, jeszcze nigdy nie ominął urodzin Moona ani rocznicy ich związku.

    [Wybaczcie, że musieliście się z Borginem tyle naczekać na odpis :( ]

    Sol

    OdpowiedzUsuń
  19. — Skoro tak, to trzymam ręce przy sobie — odparł, unosząc dłonie w obronnym geście, zupełnie jak uczniak przyłapany na gorącym uczynku, podejmując grę. Schował ręce do kieszeni, natrafiając w jednej z nich na coś twardego.
    — Cóż, tak się składa, że znalazłem ją i chciałem ci oddać — stwierdził, machając zgubionym przez partnera przedmiotem. Odłożył różdżkę na jego szafkę nocną, by przez przypadek nią czegoś nie spsocić albo co gorsza jej nie zepsuć. — Chociaż jestem pewien, że i bez świetnie sobie radzisz — dodał.
    Uważał Borgina za o wiele zdolniejszego czarodzieja od siebie. Sol nigdy nie nauczył się porządnie posługiwać magią bezróżdżkową. Miał pełną świadomość zarówno swoich uzdolnień, jak i braku wiedzy w wielu dziedzinach, o których Caedmon mógłby się z pewnością rozwodzić godzinami. Szczerze podziwiał go za tak szeroki zasób wiedzy. Lata temu część nauczycieli zwalała kiepskie stopnie Hayesa na to, że za dużo czasu poświęcał treningom, a za mało nauce. Prawda była jednak taka, że choćby ślęczał nad książkami całe noce, nie doścignąłby prymusów.
    Mimo tego starał się być częścią czarodziejskiej społeczności. Na początku Hogwart miał tylko pomóc mu w okiełznaniu umiejętności odziedziczonych po matce, ale później… Później przekonał się o tym, że niewiele osób w Hogwarcie widzi w nim potwora. Zapracował na to, przez siedem lat nauki pokazując się jako empatyczny i koleżeński chłopak, dla którego zasada fair play stała na pierwszym miejscu. Potem na celowniku pojawił się Borgin i już nic nie było takie samo. Odkąd się poznali minęły prawie dwie dekady. Uświadomił sobie to z pewnym zaskoczeniem. Miał wrażenie, że czas przelatywał mu jak przez palce. Cieszył się, że dzięki wspólnej pracy w tej samej szkole będą mieli okazję częściej się widywać. Częste wyjazdy na mecze temu nie sprzyjały, ale dzięki nim zdał sobie sprawę z tego, że nie wyobrażał sobie życia bez Caedmona.
    — Cóż, jeśli mi pozwolisz i będziesz miał takie życzenie, to oczywiście… — Posłał mu zalotny uśmiech. Czy Borginowi dało się odmówić? Cóż, jeśli było się w nim tak zakochanym jak Sol, stanowiło to nie lada wyzwanie. Związek z nim nie należał do łatwych, czasem wymagał poświęceń i sporej dozy cierpliwości, ale Hayes uważał, że całkiem dobrze się dobrali i uzupełniają nawzajem. — Tak sobie pomyślałem, że przyda nam się trochę czasu tylko we dwójkę.
    Położył przedramię na niewysokiej szafce i oparł na nim podbródek. Przez dłuższą chwilę przyglądał się mężczyźnie w milczeniu i… zachwycie. Widział go nago więcej razy, niż potrafił zliczyć, ale wciąż lubił nasycać się tym widokiem. Czuł satysfakcję z tego, że to właśnie dla niego został zarezerwowany. Kącik ust odruchowo powędrował ku górze, wodząc wzrokiem po wystających obojczykach, zarysie żeber i mięśni na jego ramionach. Pytanie nieco zbiło go z tropu. Oczywiście, słuchał go, po prostu nie miał przygotowanej odpowiedzi.
    — Hmmm…? — wymruczał w pierwszym odruchu, nieznacznie unosząc przy tym brwi. Podał mu ręcznik. — Ach, noga… — Lekko wzruszył ramionami. — Cały czas na swoim miejscu. Nie daje o sobie zapomnieć, ale jak to mówią… Jeśli w tym wieku nic cię nie boli, to znaczy, że prawdopodobnie nie żyjesz — stwierdził z rozbawieniem. — Ale dziękuję, że pytasz. To miłe z twojej strony, Moon — dodał, doceniając ten gest. Sprytnie zszedł z tematu Nemetoriusa, choć to właśnie do niego musiał udać się po eliksir przeciwbólowy, który jako jeden z niewielu nie wykazywał właściwości uzależniających i jednocześnie nie szkodził wampirom. Co by nie mówić, Burke był ekspertem w swojej dziedzinie i słusznie postąpił, patentując tak skuteczny środek.

    Sol

    OdpowiedzUsuń
  20. Lekkomyślny upór i potok nacechowanych emocjonalnie słów czy zachowań w konkretnej chwili w opinii Nemetoriusa sprzyja trafności oceny zjawiska, z jakim się mierzy, ale kiedy ta infantylnie zostaje zepchnięta na niego, nie reaguje. Nie reaguje, bo nagle w unikaniu Borgina odnajduje jedyną racjonalną postawę, ponieważ psucie sobie wzajemnie krwi, wyrzuty oraz wątpliwości, których nie może rozwiać czy natarczywe podszepty umysłu o marnotractwie czasu w trakcie którego mógłby już zacząć realizować kolejną miksturę, tym razem być może zbawienną, do niczego nie prowadzą. Ale też dlatego, że własna inicjatywa fizycznej interakcji uderza w niego rykoszetem, kiedy uchwyt mężczyzny na dłoni rozpala skórę, skutkując drażniącym dyskomfortem. Rozprostowuje palce i sięga do kieszeni marynarki, by wyciągnąć z niej papierosa. Odpala go, a płynność, z jaką dym wypełnia płuca, pozwala mu na skupienie się na kolejnych słowach rozmówcy.
    - Ewidentnie wkurwia cię wszystko, co robię, więc nie rozumiem, w jakim celu przedłużasz to spotkanie. Byłoby już po sprawie, gdybyś wszedł do środka za pierwszym razem - mówi powoli i odwraca głowę w bok. Po części po to, by wydech gęstej szarej chmury spotkał się ze ścianą, a nie cudzą twarzą, ale także ponieważ ciepły oddech na jego własnej robi się w pewnym momencie nie do zniesienia. Powtórzone przekleństwo brzmi w jego ustach obco, nieprzyjemnie układa się na języku i zdaje się rozgaszczać, choć Burke nie użył podobnego wulgaryzmu od lat. Niemal słyszy wściekłe pulsowanie borginowej krwi w żyłach i jest pewien, że dostanie ultimatum jeszcze zanim ono rzeczywiście pada. Przymyka powieki, pociera obolałe od niewidzenia oczy i pojmuje, że sam stanął na skraju. Że dość ma tej biernej, do niczego nie prowadzącej słownej szarpaniny.
    - To chodź - ruchem dłoni wskazuje wyczekująco na drzwi swojej kwatery - bo nie traktuję cię, jakbyśmy byli sobie obcy. Po prostu ciebie unikam. To korzystniejsze dla mojego i twojego czasu i zdrowia jak sam widzisz. Teraz i poprzednio. - Nie pije oczywiście do dzisiejszego śniadania w Wielkiej Sali, ale wcześniejszego, intencjonalnego spotkania o podobnym przebiegu; to ponownie tylko dwoje mężczyzn znających się przed laty, w teraźniejszości nie potrafiący jednak znaleźć najdrobniejszej nici porozumienia. Jak gdyby mówili w dwóch całkowicie odrębnych językach.
    - To nie jest żadna gra, Borgin. Próbuję tobie pomóc, więc przestań się bezmyślnie opierać i potraktuj swoje zdrowie poważnie - dodaje jeszcze, choć w tym punkcie powątpiewa już, czy jakiekolwiek słowa są obecnie w stanie potoczyć sytuację w pożądanym przez niego kierunku.

    OdpowiedzUsuń
  21. Wizerunek dzikiego kota odwiecznie gryzie się z jego własnym. Pozornie.
    Niemal całkowita utrata wzroku siłą rzeczy skutkuje pewną dozą niezdarności, ale i wcześniej jego ciało niewiele miało ze zwinności. Od dziecka wychudzony i opatrzony w minimum masy mięśniowej koniecznej do utrzymania prostej postawy i zdolności chwytania okazuje się ułomny w każdym sporcie. Niezmiennie zawsze w otoczeniu nienagannego porządku i w idealnie wyprasowanym ubraniu wydaje się nie mieć nic wspólnego ze sprężystością i elastycznością kociego usposobienia. A mimo to wybrał go patronus pod postacią stepowego karakala i jeśli się na tym pochylić choć na moment, był to wybór - siłą rzeczy zresztą - doskonały.
    Mimo powszechnej popularności podobnej ścieżki życiowej w chwili kulminacji zmysłowego hedonizmu podążał własnymi szlakami, uparcie wybierał przyjemności samodzielnie, a nie bezrefleksyjnie chwytał te proponowane mu przez świat. Ten indywidualizm podkreśla jedynie teraźniejsze społeczne zdziczenie, bo całkowicie skupiony na swej syzyfowej pracy, nie ma czasu na zbędne i błahe życie towarzyskie. Kluczowym elementem są jednak manipulacje, które stosuje tak umiejętnie, że chwilami nie sposób ich przewidzieć, nim nie jest za późno. Podobnie jak nie sposób ofierze doskonałego kociego łowcy dostrzec jego kłów i pazurów, nim te nie zbrukają się jej krwią. Nawet skąpa mimika twarzy Nemetoriusa ograniczona do powściągliwych drgnień bądź skurczów warg przywodzi momentami na myśl łudząco podobny karakalowy pysk.
    Masywne, srebrzysto-białe cielsko drapieżnika zastaje Caedmona dwa dni później w jego kwaterze zaledwie kwadrans po wizycie patronusa wicedyrektora, który to im obu bezwzględnie zmienia plany na dzisiejszą noc. Kot strzyże zaopatrzonymi w pędzelki uszami i przemawia głosem Burke'a, informując gdzie i kiedy będzie go oczekiwał, po czym rozpływa się w powietrzu.
    Nie w smak mu ta wyprawa, podobnie jak i towarzystwo, w jakim ją odbędzie. I choć subordynacja bywa uciążliwa, sprzeciw wobec przełożonych nie leży w jego naturze. Zdecydowanie skuteczniejszym rozwiązaniem wydaje mu się raczej wpojenie im, że nie nadaje się do niczego ni mniej ni więcej, jak ważenia wywarów i edukowania młodzieży w granicach swojej dziedziny. Dlatego pojawia się we wskazanym przez siebie miejscu pięć minut przed czasem. Odpala papierosa i kojąc płuca mocnym dymem czeka, nastawiony na farsę najgorszego rodzaju. Ciepło żaru czuje już między opuszkami ściskających filtr palców, gdy w zasięgu słuchu odnajduje szelest ściółki pod pewnym krokiem i równy, choć przyspieszony przez marsz oddech.
    - Jak twoja głowa? - pyta, bynajmniej nie jest to jednak wyraz ani piekącej złośliwości ani błahej uprzejmości. Zwyczajnie upewnia się, czy Borgin po ich spotkaniu raczył zgodnie z jego zaleceniami w odstępie kolejnych dwunastu godzin spożyć dwie porcje eliksiru, które mu po wypadku przekazał.

    OdpowiedzUsuń
  22. [Cześć! Dzięki za powitanie. Cieszę się, że Hogwart wraca do życia ;)
    Jeśli masz ochotę na wspólną rozgrywkę, to zapraszam z otwartymi rękami! Myślę, że Sasza jest w posiadaniu sporej kolekcji czarnomagicznych przedmiotów odziedziczonych po ojcu, których chciałby się pozbyć.]

    A. Dołohow

    OdpowiedzUsuń
  23. [Aj! Wielka szkoda, ale rozumiem. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Też muszę mieć to na uwadze, zwłaszcza teraz w związku ze zbliżającą się sesją na studiach.
    Jak coś się zmieni to oczywiście moje zaproszenie pozostanie aktualne, a tymczasem nie pozostaje mi nic innego jak życzyć dużo weny i wolnego czasu ❤️]

    A. Dołohow

    OdpowiedzUsuń
  24. A raczej upewniłby się, gdyby Borgin miał w nawyku udzielać mu prostych odpowiedzi na proste pytania. Kącik nemetoriusowych warg drga ledwo zauważalnie ku górze, niemalże już nadając im kształtu prostej linii.
    Ponieważ znają siebie na pamięć. Wyuczeni własnych reakcji oraz adekwatnych i nieadekwatnych odpowiedzi na nie niby psy nauczone, że uniesiona dłoń oznacza ból i czego jest skutkiem. Uznałby to za przekleństwo, gdyby poprzednie spotkanie nie uświadomiło mu, że brak prognozy sytuacji równoznaczny jest z brakiem kontroli i pęknięciami na wcześniej nieskazitelnym marmurze wtopionym w jego własną twarz. Bo właśnie nieoczekiwanie tamtego zderzenia sprawiło, że stracił władzę nad odruchami ciała w odpowiedzi na skrupulatnie wbite szpile podsycane przez swoją nieuzasadnioną troskę. Terminarz tej wyprawy odejmuje czynnik zaskoczenia i uspokaja. Jak gdyby faktycznie mógł mieć wpływ na tę relację.
    To jednak niezwykle pokrzepiające, że mimo upływu lat ten mężczyzna nadal jest przewidywalny w swojej nieprzewidywalności.
    Bierze głębszy wdech, wydychając nozdrzami dopiero co zaciągnięty do płuc dym.
    - Nie widzę, Borgin - przypomina mu tonem głosu całkowicie neutralnym, bo oczywista pobłażliwość wypowiedzi zawarta jest w jej treści. Niewerbalnym zaklęciem bezróżdżkowym spopiela niedopałek papierosa i czeka. Cierpliwie. Po czym dochodzi do wniosku, że mężczyzna nie ma świadomości całokształtu maskarady, jaka się przed nimi rysuje.
    - Ktoś mnie musi prowadzić przez las. - Wyciąga dłoń w jego kierunku w niemym nakazie udzielenia mu ramienia, choć jak mniema, nie obędzie się ono bez cudzej niechęci i poirytowania.
    - A wybitne pomysły Neville'a Longbottoma zawsze będą zarówno poniżej moich kompetencji jak i zainteresowań. - To oczywiście wierutne kłamstwo, czego tegonocny cyrk jest doskonałym świadectwem. Tego jednak rozmówca nie może wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  25. Odwraca się, a górna część medalionu wpija się w skórę, ostrzegając o nadchodzącej gałęzi. Nie reaguje, pozwala chlasnąć się w twarz, kalecząc delikatną skórę policzka. Ignoruje także kolejną przestrogę, tym razem płynącą z ziemi i potyka się o wystający korzeń. Jedynie wyciągnięta ręka chroni go przed upadkiem. Natrafia nią na materiał płaszcza na cudzych plecach i bezceremonialnie ciągnie go w swoją stronę, zmuszając mężczyznę do zwolnienia kroku. Odzyskuje równowagę i wbrew cudzej woli zaciska smukłą i przerażająco wręcz bladą dłoń na umięśnionym ramieniu, boleśnie wpijając weń opuszki. Borginowy plan uśmiercenia go w tym przeklętym lesie własną rzekomą niezdarnością jest równie uroczy, co nieosiągalny. Nemetoriusowi przeznaczona została konkretna śmierć i bez wątpienia nie było nią przyjemnie krótkie pęknięcie czaszki w wyniku upadku.
    - Nie wiem, za co miałbym przepraszać i dlaczego powinienem unikać współpracy z tobą, skoro najwyraźniej należy to do moich obowiązków - odpowiada wreszcie gdzieś w okolicy jego szyi bez cienia jakiegokolwiek wyrazu na własnej twarzy. Borginowe humory są obecnie jego najmniejszym zmartwieniem. Od kilku lat ma zaledwie jedno; marnotrawstwo czasu. A jeśli ta jakże przyjemna wycieczka z tym niereformowalnym człowiekiem ma mu go zaoszczędzić w przyszłości, to Burke jest w stanie ją zdzierżyć.

    OdpowiedzUsuń
  26. Patetyczna refleksja rozmówcy kaleczy mu i uszy, ale gotów jest na nią przystać, skoro wydaje się zapowiedzią zaprzestania tego bezzasadnego uporu. Za taką początkowo ją bowiem bierze, przynajmniej do momentu, w którym mężczyzna nie zdejmuje jego dłoni z ramienia. Szczęki na ułamek sekundy zarysowują się mocniej, kiedy szykuje się na kolejną bezowocną debatę. I jest to błąd. Powinien szykować się na dotyk.
    Tarcie skóry o skórę zgodnie z prawami fizyki skutkuje ciepłem i Nemetorius ma wrażenie, jak gdyby żar ten brał się z samych ogni piekielnych. Mimika rozluźnia się, wiotczeje niemal, a on skamle wewnętrznie jękiem potępionego. Nagle pryska ten wieloletni czar przekonywania samego siebie, że wyjechał, albowiem świat stał przed nimi otworem ze swoimi nieograniczonymi i jakże niewiarygodnymi możliwościami. Nie. Odszedł, ponieważ jest słaby. Uciekł z pod kulonym ogonem, bo Borgin tak właśnie na niego działał i działa. I prędzej czy później jednym dotykiem wydusiłby z niego faktyczny obraz rzeczywistości.
    Rozdrażniony odchyla głowę w tył dokładnie w momencie, w którym i mężczyzna rezygnuje z bliskości.
    - Nie wiem, Borgin, to ty nim byłeś - cedzi, dławiąc między językiem a podniebieniem dyskomfort. Ten las od zawsze był wszystkim, czego nie trawił: brudem i chaosem. I choć pod kilkoma naciskami młodego Caedmona udało mu się docenić jego niewątpliwe zalety pod postacią rzadkich ziół i jadów egzotycznych zwierząt niespotykanych nigdzie indziej, nadal ograniczał wyprawy doń do koniecznego minimum.
    Oddech łaskoczący nasadę nosa rozprasza go, dlatego wymija mężczyznę i postępuje kilka ostrożnych kroków wprzód. Nadal wyczuwalny żar na policzku także nie sprzyja skupieniu, przymyka więc powieki, ograniczając bodźce do koniecznego minimum. Wsłuchuje się w szept lasu, szeleszczący śpiew wiatru między liśćmi, leniwe skrzypienie starych drzew i skowyt wilka w oddali.

    OdpowiedzUsuń
  27. Ale coś odstaje w tej kojącej melodii puszczy, wyrywa się przed szereg. Zaciska ściślej wargi, starając się ignorować nazbyt głośne dźwięki generowane przez kolegę, postępuje krok wprzód, a gładki woal cienkiej pajęczej sieci otula jego twarz. Wtedy to identyfikuje, trzask pajęczyny dźwigającej ciężar akromantuli, cichy klekot szczękoczułek kilka metrów ponad nimi. Ostrożnie wsuwa dłoń za połę płaszcza zaciskając palce na różdżce dokładnie w chwili, w której Borgin ściska jego ramię. Działa błyskawicznie. Zrzuca ją z siebie, a potem postępuje dwa kroki wprzód, by odwrócić się i pociągnąć mężczyznę za sobą. Robi to niezdarnie, ciało z impetem uderza o ciało, jego gładki, okalany pajęczyną policzek trąca cudzy, skąpany w zaroście.
    - Avada kedavra - mruczy szeptem nazbyt spokojnym, jak na wyrażoną klątwę, różdżką celując w drzewa za Borginem. Jeszcze nim cielsko ogromnego pająka pada sztywne w miejscu, w którym ułamek sekundy temu stał mężczyznę, odchyla rękę od jego barku i uderza kolejną klątwą w zwierzę, które podrywa się biegiem w głąb puszczy, zapewne z zamiarem poinformowania pozostałych członków kolonii o intruzach. Trzeciego, za sobą, nie zdąża zaatakować, dlatego roztacza wokół nich zaklęcie tarczy, o które potwór odbija się bezskutecznie, klekocząc wściekle.
    Dopiero wtedy uświadamia sobie, że nadal ściska kurczowo kołnierz płaszcza Borgina, trzymając go ściśle przy sobie. Puszcza materiał i zdejmuje wreszcie z niesmakiem z twarzy gęstą sieć.
    - Jeszcze pięć - mówi zupełnie nieświadomy, że w zasięgu wzroku obaj mają zaledwie trzy bestie. Cofa się o krok, nieszczególnie przejęty, że zbliża się tym samym do atakującego tarczę pająka. Zaraz zresztą dołącza do niego kolejny, walczący równie zaciekle.
    - Wezmę tamte dwa. Nie wchodź mi w drogę, bo mogę tego nie zauważyć. - Wskazuje brodą ciemną puszczę za rozmówcą. Ostatnie zdanie brzmi jak groźba, ale nią nie jest. Nie udaje już nikłej świadomości otoczenia, zna jednak ograniczenia ułomnego wzroku. W ferworze walki najzwyczajniej w świecie mógłby nie usłyszeć, że mężczyzna stanął na drodze jego różdżki.

    OdpowiedzUsuń